Kuchnia, która zaczyna się od życia
Najczęściej pytana jestem o to, jak wygląda kuchnia w stylu duńskim. Odpowiedź trochę rozczarowuje, bo nie zaczyna się od palety kolorów.
Owszem, jest zestaw cech, które łatwo rozpoznać: naturalne drewno z widoczną strukturą zamiast wybarwień udających drewno, matowe wykończenia zamiast połysku, stonowana paleta, w której kolor pojawia się punktowo, i światło zaplanowane pod stół, a nie pod środek sufitu. Ale kiedy mieszka się i projektuje w Kopenhadze, dość szybko zaczyna się zauważać, że te elementy są raczej skutkiem pewnego sposobu myślenia niż jego początkiem.
Punktem wyjścia jest człowiek i jego codzienność. Co naprawdę ma się w tej kuchni zmieścić i jak ci ludzie naprawdę w niej żyją. Ile osób siada do śniadania w tygodniu, a ile w niedzielę. Czy ktoś w tym domu piecze. Gdzie stoi czajnik o siódmej rano. Czy ktoś lubi gotować wspólnie, czy przeciwnie – potrzebuje spokojnego miejsca, w którym może przygotować kolację w swoim własnym rytmie.
To właśnie te pytania zaczynają definiować przestrzeń. A kiedy zaczynamy od życia, a nie od wyglądu, kuchnia naturalnie staje się czymś więcej niż zestawem funkcjonalnych zabudów.
W Kopenhadze szczególnie mocno zauważyłam, jak dużą rolę w codzienności odgrywają rzeczy pozornie bardzo proste. Materiał, światło, proporcja, miejsce przy stole. Nie są traktowane wyłącznie jako środki do osiągnięcia określonego efektu wizualnego. Mają wpływać na to, jak odbieramy przestrzeń i jak chcemy z niej korzystać.
Dlatego coraz częściej myślę o projektowaniu domu nie tylko jako o rozwiązywaniu problemów funkcjonalnych, ale jako o tworzeniu warunków dla określonego sposobu życia. Dom może przecież działać bardzo dobrze, a mimo to nie dawać nam żadnej przyjemności z bycia w nim.
Najbardziej interesują mnie właśnie te małe momenty pomiędzy funkcją a emocją. Szuflada z litego drewna, którą otwieramy każdego ranka i której materiał przyjemnie czujemy pod dłonią. Dobrze zaprojektowany organizer, dzięki któremu wszystko ma swoje miejsce, ale jednocześnie codzienny gest sięgania po przedmiot staje się naturalny i przyjemny. Światło, które wieczorem nie tylko oświetla blat, ale zmienia charakter całej kuchni i sprawia, że zamiast przejść przez nią w pośpiechu, chce się przy stole zostać trochę dłużej.
To są drobne rzeczy. Nie zawsze nawet je zauważamy. Powtarzamy je jednak każdego dnia, przez miesiące i lata. I właśnie dlatego mają znaczenie. Z czasem zaczynają tworzyć naszą osobistą relację z przedmiotami i przestrzenią.
Może właśnie dlatego tak bliskie jest mi spojrzenie na dom jako na żywy system doświadczeń. Le Corbusier mówił o domu jako o machine à habiter – „maszynie do mieszkania”, czyli przestrzeni podporządkowanej funkcji i potrzebom człowieka. Dziś nie odrzucam tego sposobu myślenia. Raczej widzę jego kolejną warstwę. Dom powinien nie tylko pozwalać nam sprawnie wykonywać codzienne czynności. Powinien również wspierać sposób, w jaki chcemy żyć, odpoczywać, spotykać się i być razem.
I tutaj właśnie pojawia się wartość projektowania na wymiar.
Mebel z katalogu musi odpowiadać na potrzeby wielu osób. Zabudowa projektowana dla konkretnego domu może odpowiedzieć na potrzeby tych kilku konkretnych osób, które będą z niej korzystać każdego dnia. Ich rytm dnia, sposób gotowania, ulubione przedmioty, wysokość, przy której najwygodniej pracują, sposób przechowywania rzeczy, a nawet to, gdzie naturalnie odkładają klucze po wejściu do domu.
W takim podejściu wymiar nie oznacza tylko dokładnego dopasowania mebla do ściany. Oznacza dopasowanie go do człowieka.
Dlatego kuchnia zaprojektowana od takich pytań wygląda inaczej niż kuchnia zaprojektowana od moodboardu – i, co ważniejsze, inaczej się starzeje. Nie dlatego, że jej forma jest bardziej ponadczasowa. Raczej dlatego, że została zbudowana wokół prawdziwego życia, które z czasem również się zmienia.
Bo dobrze zaprojektowany dom nie powinien być perfekcyjnym obrazkiem zamrożonym w dniu odbioru. Powinien mieć miejsce na poranną kawę, niedzielne śniadanie, spontaniczną kolację z przyjaciółmi, bałagan po wspólnym gotowaniu i wszystkie te małe rytuały, dzięki którym przestrzeń przestaje być projektem, a zaczyna być naszym domem.
Ostatecznie nie projektujemy więc tylko kuchni. Projektujemy warunki, w których będzie mogło wydarzać się życie.